17.2.20

CITY BREAK: STOCKHOLM PIT STOP

Wiele rzeczy w 2020 zaplanowałam inaczej, niż zwykle. Tak w życiu, jak i na blogu :) A że jedno z drugim nierozerwalnie się łączy i przecina  w ciekawych miejscach, to o miejscach właśnie będzie nowa seria postów, w których chcę się z Wami podzielić zakamarkami moich bliższych i dalszych podróży. Nie trzeba jechać daleko - czasem wystarczy uważniej popatrzeć na własne miasto, lub wrócić w dawno nie odzwiedzane zakątki i podróż gotowa! Jednak nie dziś - dziś chciałam Wam pokazać pierwsze z miast, które odwiedziłam bardzo niedawno, bo na początku lutego.

Sztokholm nie pojawił się na mojej prywatnej mapie przypadkiem - Skandynawia jako taka zawsze była bliska mojemu sercu pod względem stylu i sposobu życia. Nie bez znaczenia był też fakt, że w Sztokolmie żyją moi bliscy znajomi, na których odwieczne zaproszenie postanowiłam odpowiedzieć.
Tym sposobem na początku miesiąca znalazłam się w chyba najdroższej europejskiej stolicy :) Ale nie żałuję, bo spędzone tam trzy dni przyniosły mi wiele wrażeń, zwłaszcza natury estetycznej i kulinarnej!


Co zobaczyć w Sztokholmie, kiedy czasu nie ma zbyt wiele? Pięknie zdobione budynki, monumentalna, surowa architektura, wąskie uliczki pełne urzekających knajpek - tak przywitało mnie centrum miasta, a konkretnie jedna z wielu wysepek, na których położone jest całe miasto. Mowa o Stadsholmen wraz ze Starym Miastem - Gamla Stan. Wspominam akurat tę wysepkę, bo tylko jej nazwę potrafię dobrze wymówić - szwedzki język nie należy do najprostszych. Co robić na starówce? Poczuć się królewsko i zwiedzić wszystkie okoliczne pałace, z których mi udało się zobaczyć Pałac Tessinów i Pałac Królewski - oficjalną siedzibę rodziny królewskiej (chociaż nikogo z nich tam nie spotkamy, bo mieszkają w zupełnie innej rezydencji).


Spacerując w okrutnym mrozie z nadzieją na szklaneczkę szwedzkiego Glogg'a (pyszne grzane winko!) mija się kilka pięknych starych placów miejskich - Stortorget czy Kopmantorget (to wszystko brzmi jak nazwy mebli z Ikei, przypadek? nie sądzę :)). Ale skoro połowy nazw tego, co widziałam nie potrafię powtorzyć, to może po prostu powiem, co zrobiło na mnie największe wrażenie: Muzeum Narodowe (popatrzcie na zdjęcia!) i kuchnia


Odnośnie muzeum - totalny sztos! Piękny, zabytkowy budynek, ogromna przestrzeń, mnóstwo naturalnego światła i ponad 5 tysięcy dzieł, a wśród nich perełki klasy Rembrandta, Rubensa czy Delacroixa. ONIEMIAŁAM.


Odnośnie kuchni? Mmmm ... Łosie, renifery - w Szwecji częściej, niż na obrazku lądują na talerzu :) Ja osobiście nie miałam serca spróbować - ale zaspokoiłam swój apetyt pysznymi owocami morza, rybami, wszechobecnym śledziem i tradycynymi pulpecikami z  żurawiną.


Niby trzy dni, niby niewiele zdążyłam zobaczyć, z tego, co zaplanowałam, a pisać można bez końca.

Więc może tu przestanę, a oddam mowę zdjęciom samym w sobie.

Ps. Wizyta w Szwecji zimą przypomniała mi, jak ważne są odpowiednie do pory roku kosmetyki - ale o tym już następnym razem :)

------------


New series of posts on my blog - on irregular bases I will be taking you with me on a trip - no matter if it's just around the corner or across the sea. Series called 'City Break' - chapter one happens in beautiful, frozen Stockholm, where I visited beginning of Feb. Biggest discoveries? National Museum and local cuisine! To make your eyes happy go to the museum to see Rembrandt's, Rubens's or Delacroix's work. To make your belly smile - eat delicious meat balls or sea food - including herrings :)
And one lesson learnt after visit in this cold country - always remember to take care of your skin - but this is the separate topic :)
« Newer Post Older Post »

Post a Comment

I appreciate every single comment left on my blog. Don't forget to leave your link so I can check out yours blog too!
I always try to answer your questions directly at your blog!

Instagram